W tym piekle, które było na ziemi, byli też aniołowie

Od kilku lat dzień 27 stycznia – w rocznicę wyzwolenia w 1945 r. niemieckiego, nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady Auschwitz-Birkenau – poświęcony jest osobom, które poniosły śmierć w wyniku największego zaplanowanego i zrealizowanego ludobójstwa, jakie stało się udziałem jednego narodu – Żydów. Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu został ustanowiony w 2005 r. przez Zgromadzenie Ogólne ONZ z zaleceniem, aby poprzez różne inicjatywy uwrażliwić przyszłe pokolenia na tę tragedię i zapobiec w ten sposób aktom ludobójstwa w przyszłości.

W br. gościem rzeszowskich obchodów Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu była Lucia Retman. Dzień później, 28 stycznia 2013 r., ta obecna mieszkanka Hajfy zawitała do Brzozowa, gdzie na spotkaniu w Muzeum Regionalnym opowiedziała słuchaczom (młodzieży z brzozowskiego gimnazjum, przedstawicielom władz samorządowych i sympatykom muzeum) własne dzieje, a przede wszystkim przedstawiła okoliczności ocalenia życia w tragicznych latach II wojny światowej. Obywatelce Izraela towarzyszyła Judith Elkin z Miami w Stanach Zjednoczonych. Świadectwo dane przez obie panie było możliwe dzięki inicjatywie i pomocy Jolanty i Krzysztofa Śnieżków.

Temat Holokaustu (Szoah) po dziś dzień budzi wiele kontrowersji. Ma to miejsce szczególnie wtedy, gdy w zachodniej prasie pojawiają się określenia „polskie obozy zagłady” czy „polskie obozy śmierci”. Zdarza się, że padają one z ust najważniejszych przywódców świata, jak przed kilkoma miesiącami w wypowiedzi Baracka Obamy. Prowadzący spotkanie dyrektor brzozowskiego muzeum we wprowadzeniu zwrócił uwagę na doskonałą okazję poznania i wyjaśnienia tego problemu dzięki relacji obu pań, naocznych świadków zagłady swego narodu.

Lucia Retman zdradziła na wstępie, że na tegoroczne rzeszowskie obchody Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu przyjechała, aby uczcić pamięć tej, która ją ocaliła – Zofii Pomorskiej z Lubaczowa. Jak przyznała, w tym piekle, które było na ziemi, byli też aniołowie. Jej aniołem okazała się być wspomniana lubaczowianka. Dziś trudno mówić o zagładzie, gdy każdy ma prawo do życia. W czasie wojny Żydzi nie mieli prawa do życia. Naziści chcieli wytępić żydostwo z całego świata.

Lucia Retman urodziła się w latach dwudziestych ubiegłego wieku w Dynowie, w miasteczku, które przed ostatnią wojną administracyjnie należało do powiatu brzozowskiego. Jak zdradziła, w dzieciństwie miała okazję doświadczyć różnych postaw Polaków wobec Żydów. Po wybuchu II wojny światowej Niemcy zmusili ją do opuszczenia rodzinnego domu w Leżajsku, gdzie się wychowywała. Tak rozpoczęła się wojenna tułaczka młodej dziewczyny. Podobny los spotkał innych Żydów, których wypędzono za San, do radzieckiej strefy okupacyjnej, a część z nich wywieziono na Syberię, co prawdopodobnie uratowało im życie.

W czerwcu 1941 r. wybuchła wojna niemiecko-radziecka. Konflikt między dotychczasowymi sojusznikami zastał Lucię Retman w Żółkwi, gdzie przebywała wraz z ciotką. W efekcie sukcesów Wehrmachtu na nowym froncie prześladowania ze strony nazistów dosięgły Żydów żyjących na wschód od Sanu. Nowa administracja, niemiecka, wydając szereg rozporządzeń dotyczących postępowania Żydów, znanych dotychczas po lewej stronie tej rzeki, rozpoczęła akcję eksterminacji przedstawicieli tej narodowości. Położenie Żydów, także w Żółkwi, stawało się coraz dramatyczniejsze.

Siostra bohaterki spotkania, mieszkająca we Lwowie, uciekła do Lubaczowa, gdzie mieszkali jej krewni. Mieli nadzieję, że w małym miasteczku Żydom będzie się łatwiej żyć. Zamysły te szybko zostały brutalnie zweryfikowane. W Lubaczowie dawała o sobie znać ciasnota, toteż siostra Luci rozpoczęła poszukiwania mieszkania do wynajęcia. Przekonała się wówczas, jak życie może zaskakiwać. Lokum znalazła u rodziny Pomorskich, której członków postrzegano jako antysemitów. Żydzi sądzili, że Pomorscy musieli wziąć ją – ze względu na kolor włosów (była blondynką) – za Polkę. Wkrótce, po ujawnieniu im swego pochodzenia, przekonała się, że obiegowe opinie nie zawsze mają pokrycie w faktach. Pomorskim wcale nie przeszkadzało jej żydowskie pochodzenie; a nawet więcej odważyli się pomóc Żydom mimo, że jakiekolwiek wsparcie dla nich wiązało się z ogromnym ryzykiem.

Lucia Retman opuściła Żółkiew i pieszo, gdyż Żydzi mieli zakaz korzystania z kolei i autobusów, dotarła do Lubaczowa, do siostry. Jak przyznała, małe dzieci musiały pracować, więc i ona podjęła pracę na folwarku przy burakach cukrowych. W sąsiedztwie przebiegała linia kolejowa. Gdy usłyszała, że pociągi jeżdżą dniem i nocą, wywożąc Żydów, z których nikt nie wraca, poczuła lęk i obawę o dalszą przyszłość. Podzieliła się tą wiadomością z siostrą, podsumowując że chce żyć, czym zainspirowała ją do podjęcia działań.

Pomorscy mieli znajomych, którzy zostali wywiezieni na Syberię przez Rosjan. Wśród nich była dziewczynka w wieku Luci. Zofia Pomorska udała się na plebanię i uzyskała od księdza metrykę tej dziewczynki. Z tym dokumentem Lucia Retman zgłosiła się do Arbeitsamtu (Urzędu Pracy) w Przemyślu, aby wyjechać na prace do Niemiec. Wybawicielka dała jej list do siostry w tym nadsańskim mieście z prośbą, aby ugościła Lucię. Nie zdradziła jej jednak, że jest ona Żydówką.

Lucia Retman z nową tożsamością i danymi personalnymi, które musiała zapamiętać, jako Janina Kogut przyjechała do Krakowa. W mieście pod Wawelem znajdował się centralny punkt wywożenia na roboty do Niemiec. Na Kazimierzu, przy ulicy Miodowej, zatrzymała się w dużym domu, gdzie przebywało sporo Polek, Ukrainek, dziewcząt, jak również chłopców. Hajfanka przyznała się uczestnikom spotkania, że nie czuła się tam pewnie. Jeden z urzędników podejrzewał ją o żydowskie korzenie. Aby przekonać się o słuszności swych przypuszczeń, zabrał dziewczynę do getta z zamiarem poznania jej reakcji na miejsce, w którym na niewielkim obszarze stłoczono w nieludzkich warunkach tysiące Żydów. Lucia Retman zachowała w trudnej sytuacji zimną krew, nie dała po sobie poznać, że jest tej samej narodowości, co przebywający w strefie zamkniętej ludzie. Zaprzeczyła, że jest Żydówką.

To nie był koniec jej krakowskich problemów. Wkrótce za sprawą wspomnianego urzędnika znalazła się w siedzibie gestapo. Na miejscu dano jej jednak spokój, gdyż nie rozumiała nic, co mówił przesłuchujący ją Niemiec. Jak stwierdziła w siedzibie muzeum, nie wierzyła, że opuści Kraków. Gdy jednak dopięła swego, uznała to za pierwsze swoje zwycięstwo.

Żydówka znalazła się w Berlinie, gdzie przebyła około 3 lata, niemalże do zakończenia wojny. W stolicy Niemiec pracowała w olbrzymiej fabryce, zatrudniającej 10 tys. osób z całej okupowanej Europy. Mieszkała w domu z ponad setką młodych Polek, pochodzących głównie z Łodzi. Nikomu nie przyznała się, kim jest z pochodzenia. Po roku do Berlina dotarła jej siostra, która nie czuła się już pewnie w Lubaczowie. Podjęła pracę w tej samej fabryce broni i amunicji.

W Berlinie Lucia Retman, zachęcona przez miejscową Niemkę, postanowiła zaoszczędzić nieco pieniędzy. Wówczas przyjaciółka zwróciła jej uwagę, że jej środki finansowe idą na prowadzenie wojny przez Hitlera.

Bardzo ją to zabolało, gdy zdała sobie sprawę ze swojej naiwności. Odzyskała pieniądze, przekonując urzędników, że potrzebuje ich dla chorej ciotki w Polsce.

Podczas pracy w fabryce broni prześladowały ją myśli, że konflikt zbrojny nigdy się nie skończy. Wbrew rzeczywistej sytuacji na froncie propaganda niemiecka rozpowszechniała informacje o zwycięstwach Wehrmachtu. Młoda Żydówka sama doświadczyła z końcem wojny, czym jest jej okrucieństwo. Nieustanne bombardowania Berlina wzbudzały ogromne zainteresowanie wśród mieszkańców miasta. W obliczu nadciągających wojsk alianckich, Polaków przymuszono do kopania okopów i rowów.

Gdy w Berlinie dał o sobie znać chaos związany z nieuchronną klęską Hitlera, Lucia Retman wraz z przyjaciółką opuściły niemiecką stolicę. Ostatnim pociągiem na wschód wyruszyły do ojca przyjaciółki. Jak przyznała, przeszły niemalże front, pole bitwy w otoczeniu spalonych czołgów i zwłok poległych żołnierzy.

Paradując dumnie z polską flagą, dotarły do Łodzi. Lucia Retman opuściła Polskę z końcem 1945 r. Początkowo udała się do Monachium w amerykańskiej strefie okupacyjnej Niemiec, skąd razem z odnalezioną siostrą i jej mężem postanowiła dotrzeć do Palestyny, co jednak nie okazało się łatwym przedsięwzięciem. Brytyjczycy, od 1922 r. mandatariusze tego obszaru, stwarzali problemy Żydom chcącym osiedlić się w Ziemi Świętej. Ostatecznie nielegalnie na starym okręcie, nie bez przygód, wraz z 1250 osobami bohaterka spotkania znalazła się na wodach we wschodniej części Morza Śródziemnego. Brytyjczycy początkowo nie pozwalali im zejść na ziemię palestyńską, zmuszając do odpłynięcia na Cypr. Dopiero później możliwe było przybicie do brzegów Ziemi Świętej. Mieszkając w niepodległym od 1948 r. państwie Izrael, pracowała w ministerstwie obrony, niejako biorąc w ten sposób udział w licznych konfliktach z palestyńskimi Arabami.

Podczas pracy Luci Retman w Niemczech nie urwał się jej kontakt z Zofią Pomorską. Z Lubaczowa systematycznie nadchodziły paczki. Ich znaczenie polegało na tym, iż były świadectwem, że młoda Żydówka ma polskich krewnych. Dzięki pomocy Pomorskich sama nie doświadczyła zagłady, która stała się udziałem jej współwyznawców. Wdzięczność dla Zofii Pomorskiej za ocalenie życia sprawiła, że do chwili obecnej opowiada ludziom o jej chwalebnym czynie. Wiedząc, że jej wybawicielka zmarła, postanowiła po wielu latach odwiedzić kraj swego urodzenia i odszukać potomków Zofii Pomorskiej. Okazja nadarzyła się w 2007 r. Odnalezieni wnukowie Pomorskich przyznali, że nic nie wiedzieli o czynie babci.

Podczas pobytu w Lubaczowie Lucia Retman miała okazję odwiedzić miejsca związane z czasami tragicznej młodości, czasami, w których jednak żyli ludzie bohaterscy. Po jakimś czasie Pomorscy wysłali jej zdjęcie odnalezione w domowym archiwum z podpisem Janka. Ten dowód potwierdził prawdziwość opowieści nieoczekiwanego gościa z Izraela. W 2009 r. w rzeszowskim urzędzie miejskim miała miejsce wzruszająca uroczystość, podczas której potomkowie Zofii Pomorskiej odebrali przyznane babci pośmiertnie przez Instytut Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu YadVashem najwyższe izraelskie odznaczenie cywilne nadawane obcokrajowcom – medal „Sprawiedliwy wśród narodów świata”. Wyróżnienie nadano na wniosek Luci Retman, która co ciekawe sama mieszka przy ulicy Sprawiedliwych wśród Narodów Świata w Hajfie.

Polacy stanowią najliczniejszą grupę narodowościową wśród wszystkich nacji odznaczonych za ratowanie Żydów podczas II wojny światowej. Ponad jedna czwarta z blisko 25 tysięcy uhonorowanych medalem „Sprawiedliwego wśród narodów świata” to nasi rodacy. Taka liczba wynika z faktu, że przedwojenna Rzeczpospolita była państwem z największą mniejszością żydowską w Europie. W dalszym ciągu poszukuje się potomków tych, którzy nieśli pomoc swym prześladowanym sąsiadom.

Należy wspomnieć, że za wspieranie Żydów w jakiejkolwiek formie na ziemiach polskich pod okupacją niemiecką groziła śmierć, która dosięgała nie tylko bezpośredniego pomagającego, ale również członków jego najbliższej rodziny. W innych krajach Europy represje wobec osób niosących pomoc Żydom przybierały o wiele łagodniejsze formy.

Powyższe fakty pokazują, jaką odwagą musieli wykazać się Pomorscy, dając schronienie młodym Żydówkom. Lucia Retman przyznała, że w przetrwaniu wojny niezwykle istotna była również chęć życia oraz wiara w Boga. Doświadczenia Holokaustu przyczyniły się do utraty wiary w Stwórcę przez wielu ludzi, w przypadku innych, jak choćby gościa spotkania, wzmocniły tę wiarę.

Podczas spotkania, jak można było się spodziewać, nie zabrakło odniesienia do tekstów w zachodnich mediach, głównie prasy, które czasami bezmyślnie, z niewiedzy, ale zdarza się, że i świadomie upowszechniają nieprecyzyjne pojęcia w stylu „polskie obozy zagłady”. Padło pytanie, dlaczego Żydzi w takich sytuacjach nie bronią Polaków? Lucia Retman podkreślała, że Polacy ponieśli podczas okupacji nie mniejsze straty niż Żydzi. Zwróciła uwagę, że miejsca zagłady, o których wspominają dziennikarze, zlokalizowane były na ziemiach polskich. Niestety nie dodała, że utworzone zostały przez Niemców.

Wojna odsłoniła różnorodne cechy czy postawy ludzi i oczywistym jest, że również wśród Polaków zdarzały się przypadki szmalcownictwa i dorabiania się na tragedii Żydów. W takich sytuacjach nie można jednak stosować odpowiedzialności zbiorowej. Tak delikatna sprawa wyjątkowo zmusza do używania precyzyjnego języka, co nie zawsze się praktykuje. Takie działanie rodzi podejrzenia o cele, jakimi się kierują autorzy.

Na zakończenie swego świadectwa Luci Retman zwróciła uwagę obecnej w sali młodzieży z brzozowskiego gimnazjum na problem edukacji. Zachęcała ją do podejmowania wysiłku związanego z poszerzaniem wiedzy zgodnie z przysłowiem głoszącym, że nauka to potęgi klucz. Duże wrażenie wśród słuchaczy zrobił  język, którym się posługiwała – piękna polszczyzna niezdradzająca faktu, że używająca go osoba żyje ponad pół wieku poza Polską.

Druga z gości, Judith Elkin, urodziła się w Przeworsku kilka miesięcy przed wybuchem II wojny światowej. Represyjna działalność niemieckiej administracji okupacyjnej zmusiła jej rodzinę do przedostania się na wozie konnym za graniczny San, gdzie Rosjanie zarekwirowali konia i wóz. Ją samą ukryto podczas transportu w skrzynce. Żydzi dotarli do Uzbekistanu, gdzie przebywali wśród dziesiątek tysięcy wywiezionych wcześniej Polaków.

Rodzice Judith Elkin traktowali Polskę jak ojczyznę, jak dom, w którym się urodzili, dlatego po wojnie wrócili do kraju nad Wisłą, a dokładnie na Ziemie Odzyskane, do Legnicy. Mała Judith uczyła się hebrajskiego, jeżdżąc co niedzielę z teczką tramwajem, czym wzbudzała zaciekawienie pasażerów. W związku z tym pojawił się u niej lęk, aż do momentu, gdy została uspokojona przez motorniczego. Podejrzewała, że nauka języka związana była z planami wyjazdu do Palestyny.

Rodzice starali się odszukać innych członków rodziny lub zdobyć informacje na temat ich losu. Jeździli m.in. do Przybyszówki, Kańczugi, Łańcuta, Jarosławia i Tarnowa, niestety bez skutku. Mieszkańcy nie posiadali wiedzy w tym zakresie lub nie chcieli nic mówić. Dom dziadków Judith Elkin w Przybyszówce został zajęty przez Polaków. W tej, wówczas podrzeszowskiej wsi, rodzice odkryli zapiski sugerujące, że miejscowy ksiądz starał się pomóc rodzinie – dane dziadka widniały w księgach parafialnych.

Judith Elkin wraz z mężem i trojgiem dzieci poprzez Izrael wyjechała do Miami, gdzie się ostatecznie osiedliła i mieszka do chwili obecnej. Podobnie jak przedmówczyni, posługuje się nienaganną polszczyzną. Przyznała, że rodzice prosili ją, aby pielęgnowała znajomość tego języka. Dodatkowo poznała inne, gdyż, co mocno  podkreśliła, ich znajomość ułatwia podróże i kontakty ze światem.

Na twarzy obydwu pań widać było wzruszenie. Powrót do kraju lat młodości i kraju przodków okazał się być podróżą sentymentalną.

Na zakończenie spotkania burmistrz Brzozowa Józef Rzepka i dyrektor Muzeum Regionalnego wręczyli gościom pamiątkowe publikacje poświęcone regionowi brzozowskiemu. W dniu dzisiejszym, kiedy wraz z upływem czasu zaciera się pamięć o wielu faktach sprzed lat, niezwykle ważną rolę odgrywają świadectwa dawane przez naocznych świadków lub uczestników wydarzeń. Szczególnie młodzi ludzie powinni korzystać z takiej możliwości poznania przeszłości, zwłaszcza że rozmówcy stopniowo odchodzą z tego świata. Spotkanie z Lucią Retman i Judith Elkin, będące żywą lekcją historii, a zarazem relacją z pierwszej ręki, doskonale uzupełniło wiedzę na temat największej zbrodni ludobójstwa wynoszoną z zajęć lekcyjnych w szkole. Warto dodać, że Brzozów i okoliczne miejscowości, zamieszkane przed II wojną światową przez liczną mniejszość żydowską, nierzadko odwiedzane są przez potomków Żydów ocalałych z Holokaustu chcących oddać hołd i cześć przodkom i tym, którzy ich ratowali.

MWP

fot. Marek Marański