Fajki brzozowskie

Klasyczna definicja charakteryzuje fajkę jako przyrząd służący do palenia tytoniu, składający się z ustnika, cybucha w kształcie rurki połączonego z pustą wewnątrz główką, którą napełnia się tytoniem. W bardziej skomplikowanych fajkach znawcy wyróżniają wiele innych elementów. Ze względu na budowę rozróżnia się fajki jednorodne oraz złożone. Te pierwsze to takie, których poszczególne, wymienione wyżej części, zrobione z tego samego materiału (przeważnie glinki kaolinitowej), stanowią fabryczną, niepodzielną całość. Fajki złożone z kolei składają się z dwóch lub więcej elementów i wykonane są z różnych surowców.

Obecnie najbardziej znanym w Polsce ośrodkiem produkcji i popularyzacji fajki jest Przemyśl. W tym nadsańskim grodzie nadal funkcjonuje kilka fajczarni, choć należy tutaj zaznaczyć, że jest to termin nieprecyzyjny – bardziej adekwatny to fajkarnia. Znawcy tematu wytwórców fajek nazywają fajkarzami, a palących – fajczarzami. Dzieje, jak również współczesność nie tylko fajki przemyskiej popularyzuje tamtejsze Muzeum Dzwonów i Fajek, które mieści się w Wieży Zegarowej zlokalizowanej w centrum starówki. Mimo, że udokumentowane w przekazach tradycje fajkarstwa przemyskiego nie są tak stare jak w przypadku fajkarstwa brzozowskiego, to jednak do powszechnej świadomości społecznej przebiły się tylko te związane z nadsańskim grodem. A przecież obok grzebieniarstwa, to właśnie wyrób fajki był jedną ze specyficznych branż rzemiosła nadstobnickiego. Mimo, że fajkarze nie byli tak liczni, jak szewcy czy rzeźnicy, to jednak odcisnęli charakterystyczny ślad w dziejach Brzozowa.  W 1887 r. dokumenty wymieniają 7 fajkarzy, podczas gdy szewców – 150, a rzeźników – 67. Z kolei mniej liczne były choćby, tak popularne gdzie indziej fachy, jak stolarze czy ślusarze, nie wspominając o kowalach i cieślach. Dla porównania w Przemyślu w 1870 r. zarejestrowanych było 24 fajkarzy (w tym jedynie pięciu czynnych zawodowo), a dziesięć lat później – już tylko 10 (spośród nich trzech było czynnych).

Rozkwit fajkarstwa brzozowskiego przypadał na XVIII i XIX w., czasy schyłku I Rzeczpospolitej i epokę zaboru austriackiego. Wytwórstwo fajek nad Stobnicą zaliczało się do rzemiosł artystycznych. Obok przydatności użytkowej, nie mniej ważne były ich walory estetyczne, podobnie jak w przypadku zegarmistrzostwa, jubilerstwa czy snycerstwa oraz wartość kolekcjonerska. Ze względu na czasochłonność wyrób fajek należał do zajęć żmudnych oraz fachów, które nie przynosiły wytwórcom dużych dochodów. Jedynie indywidualne zamówienia składane przez zasobniejsze warstwy społeczeństwa, szlachtę i bogate mieszczaństwo, sprawiały, że artysta-fajkarz mógł dać popis swoich rzemieślniczych umiejętności, mając wówczas powody do pełnego wyżycia artystycznego, jak i zdobycia większego zarobku.

Podstawowym surowcem, z którego brzozowscy rzemieślnicy wykonywali, fajki było drewno, a najwartościowszym źródłem jego pozyskiwania – drzewa owocowe, jak jabłoń, grusza, trześnia oraz wiśnia. Do wykonywania najwartościowszych cybuchów używano pędów ostatniego spośród wymienionych gatunków. Wśród innych ceniono: jesion, brzost (wiąz górski), buk, brzozę, grab, a także topolę oraz klon. W razie potrzeby na materiał przeznaczano inne gatunki, które były pod ręką, w tym również krzewy.

 Piękno i jakość fajki była zależna od naturalnych właściwości drewna, które, aby fajka była cenniejsza, musiało być zdrowe, gęste oraz twarde; nie bez znaczenia była także barwa, jak również usłojenie. O walorach lulki nie posiadającej dekoracji rzeźbiarskiej rozstrzygał układ słojów, który w razie konieczności był akcentowany lub zastępowany mazerowaniem, czyli techniką zdobienia powierzchni drewna przy pomocy dobranych odpowiednio odcieni farb i specjalnie ponacinanego grzebienia z gumy. „Zawodowcy” od mazerowania byli w stanie tak świetnie imitować prawdziwe drewno, że nawet z najbliższej odległości trudno było znaleźć różnice.

Uważni obserwatorzy potrafili odczytać cechy drewna jeszcze zanim drzewo zostało ścięte. Fajkarze typowali najlepsze okazy na kilka lat przed wycięciem. O jakości drewna decydowały: wiek (miał wpływ na barwę – im starsze, tym ciemniejsze), skład mineralny gleby (wpływał na budowę pnia, układ słojów, twardość, odporność w obróbce oraz barwę – najcenniejszy był surowiec pochodzący z drzew rosnących w skalistej i suchej glebie, który nabierał solidności w niekorzystnych warunkach przyrodniczych, podczas burz, susz czy długotrwałych mrozów), czas ścinki drzewa (najodpowiedniejsza pora to zima – ze względu na odporność na działanie grzybów oraz powolniejszy rozkład), rodzaj skupiska drzew (rosnące samotnie miały bogatsze usłojenie oraz mocniej rozszerzony system korzeniowy, a jak wiadomo korzenie znakomicie nadawały się do wyrobu fajek), a także technika cięcia drewna.

Wykorzystywane przez brzozowskich fajkarzy drewno musiało być odpowiednio wyschnięte i pochodzić z tzw. odziomka, czyli dolnej, najgrubszej części pnia charakteryzującej się drewnem o najlepszej jakości technicznej. Bazę materiałową stanowiły okoliczne lasy, doskonale znane ludności zwłaszcza z wędrówek za grzybami oraz jeżynami. Również najbliższe sąsiedztwo, sady i cmentarze, dostarczało surowca. Kupić należało jedynie bakwan (mieszaninę cyny i miedzi) potrzebny do wykładania fajki, który można było nabyć bez trudności u kramarzy lub w sklepikach żydowskich.

Gdy masyw fajki miał już obrobiony kształt, fajkarze wykładali go od wewnętrznej strony cienką, bakwanową blaszką. Z takiej samej blachy należało także wykuć młoteczkiem pokrywkę na zawiasach. Można ją było przykryć drewnem tego samego gatunku, który posłużył do wykonania fajki. Środek cybucha wypalano przez drążenie przewodu metalowym, rozżarzonym prętem, prowadzącym od dna fajki do ustnika, wmontowanego w przeciwległym końcu cybucha. W języku fajkarskim mówiono na tę czynność „robienie cugu” (niem. der Zug – ciąg).

W sytuacji, gdy fajka była pozbawiona tzw. „grymasów” i mając przygotowany materiał, można było dziennie zrobić od 4 do 5 sztuk. Lulki z „grymasami”, w zależności od ilości i jakości ozdób, zmuszały rzemieślnika do poświęcenia im od jednego do trzech dni pracy, a nierzadko całego tygodnia.

Na kupno fajki wytwarzanej w Brzozowie nie mógł sobie pozwolić przeciętny mieszczanin czy mieszkaniec wsi podbrzozowskiej, ale, jak już wspomniano, miejscowe lulki znajdowały nabywców głównie wśród szlachty i bogatych mieszkańców miasta jako specjalne okazy robione na zamówienie. W większej ilości były eksponowane na straganach w dniach handlowych, podczas targów i jarmarków. Wówczas najcenniejsze i najpiękniejsze okazy wypolerowanych fajek wieszane na sznurkach wzbudzały zazdrość oglądających, szczególnie te z „grymasami”. W sąsiedztwie nich oczywiście znajdowało się zawsze miejsce także na najprostsze lulki.

Fajkarze, obok fajek, często byli wykonawcami ozdobnych lasek, a nawet drewnianych rzeźb. Niejednokrotnie zdarzało się, że motywy rzeźbiarskie zdobiące laski powtarzały się również na lulkach. Fajki upiększano motywami zwierząt, ptaków, postaci alegorycznych, jak również rzeźbionymi portretami konkretnych osób.

Na początku XX w. fajkarstwo w Brzozowie było uprawiane na niewielką skalę, a całkowicie zaprzestano jego praktykowania wraz z początkiem I wojny światowej. Zasłużony dla rzemiosła brzozowskiego działacz społeczny, piekarz Józef Rogowski, urodzony w 1899 r., zapamiętał nazwiska kilku ostatnich fajkarzy działających w latach jego młodości. Wytwarzali je wówczas w Brzozowie: Stanisław Krotofilski (powstaniec styczniowy), Stanisław Orłowski (policjant miejski), Jajko („klarnecista”), Zugaj/Żugaj z Zakościela oraz Obłój spod cmentarza.

Brzozowscy palacze, czyli fajczarze, którzy nie mogli sobie pozwolić na zakup fajek drewnianych, palili fajki gliniane, produkowane masowo w Potyliczu koło Rawy Ruskiej, a także w innych ośrodkach garncarskich, jak Kołaczyce oraz Mrzygłód. Gliniana, potylicka fajka wraz z krótkim drewnianym cybuchem kosztowała od 3 do 4 austriackich centów i dostępna była dla każdego, dzięki łatwości kupna na targach i jarmarkach. Fajki gliniane, w przeciwieństwie do drewnianych brzozowskich, można było przypiekać na ogniu, ewentualnie na ognisku. Zapiekanie fajki glinianej według Józefa Rogowskiego wyglądało następująco: z kapciucha, czyli skórzanego woreczka na tytoń, wydobywało się szczyptę tytoniu, ucierało się go w dłoniach, następnie popluwało rozgniecione listki i ugniatało palcem w fajce. Na tak drobny tytoń układało się suchą szczyptę tytoniu, która podpalało się przy pomocy rozżarzonych węgielków. Tak przygotowaną fajkę wkładano pomiędzy garstkę rozżarzonych węgielków, pociągając dym w płuca. Gdy aromat rozszedł się po izbie, był to znak, że fajka jest odpowiednio przypieczona. Podobno smak przypalonej w traki sposób fajki przechodził wszelkie oczekiwania.

Z początków XX w. Józef Rogowski zapamiętał nazwiska kilku fajczarzy – posiadaczy najładniejszych okazów brzozowskich fajek. Byli nimi: Kustroń (właściciel zajazdu i kasjer miejski), Ficowski (emerytowany rewizor skarbowy), Jan Skarbek (organista), profesor dr Jan Milan, Jan Pilawski („Szandar”), a także mistrzowie rzemieślniczy: Ludwik Kurcz (stolarz), Wojciech Kostka (szewc) oraz Zalot (szewc). Cenne okazy fajek znajdowały się również w rękach przedstawicieli społeczności żydowskiej: sklepikarza Szymona Parnesa (zwanego „Kulawym Szymkiem”) i Mejlecha Herzlicha (właściciela składu materiałów budowlanych). Fajki te, budzące podziw mieszczan i chłopów, nie dorównywały jednak wielkością i jakością fajce stanowiącej własność prezesa Wydziału Powiatowego, hrabiego Jana Kantego Dydyńskiego. Okaz ten mógł zmieścić na raz 25 gramów tytoniu, a cybuch miał prawie metr długości. Wiadomo było, że znaczniejszą osobę można było poznać po pięknej fajce – im zdobniejsza i większa była, tym dostojniejszy był jej posiadacz.

Lulki o podobnych parametrach, jak wspomniana wyżej, nierzadko wykorzystywane było do innych celów, niż zakładane przez wytwórców. Użycie w nieodpowiedni sposób fajki brzozowskiej znane jest z  tragikomicznego wydarzenia sprzed ponad wieku. Otóż w Tekach Schneidera znajdujących się w Archiwum Państwowym na Wawelu zachowała się dokumentacja sytuacji, która miała miejsce w 1863 r. w Grabówce. W tutejszej karczmie niejaki Łukasz Hryceńko pozbawił życia Antoniego Mazura wykorzystując jako narzędzie zbrodni cybuch fajki. Przemyski Sąd Obwodowy 15 stycznia 1864 r. skazał oskarżonego na dwa lata więzienia o zaostrzonym rygorze. Po odwołaniu się zabójcy od tego wyroku półtora miesiąca później, 29 lutego, CK Wyższy Sąd Krajowy we Lwowie umorzył sprawę, uznając za powód takiej decyzji fakt, że Łukasz Hryceńko dopuścił się zabójstwa będąc pod wpływem alkoholu (sic!).

Powyższy incydent społeczność Grabówki wykorzystuje od kilku lat do promocji swej miejscowości, organizując corocznie folklorystyczne Święto Fajki o ponadregionalnym zasięgu. Stałymi elementami imprezy przygotowywanej przez Stowarzyszenie na Rzecz Odnowy i Rozwoju Wsi Grabówka oraz Gminny Ośrodek Kultury w Dydni są prezentacje lokalnego rękodzieła artystycznego, występy zespołów i kapel ludowych, degustacje potraw regionalnych oraz pokazy sztucznych ogni. Głównymi atrakcjami święta są różnorodne aspekty związane z „udziałem” tytułowego „bohatera”: ekspozycje fajek i konkursy na „długość” pykania lulką.

Niewielki zestaw ciekawych fajek i akcesoriów nikotynowych znajduje się na ekspozycji poświęconej nadstobnickiemu rzemiosłu w brzozowskim Muzeum Regionalnym. Przekazała je tam Barbara Niewolkiewicz z Brzozowa w związku z obchodami 1000-lecia państwa polskiego. Jest to spuścizna po jej ojcu Emilowi Niewolkiewiczowi, zarządcy lasów biskupów przemyskich w Brzozowskiem, który kolekcjonował nie tylko drewniane fajki brzozowskie, ale także pochodzące spoza regionu, wytworzone z innych materiałów m.in. porcelanowe. Jednym z ciekawszych eksponatów jest główka fajki z podobizną niemieckiego cesarza Wilhelma II. Zdecydowana większość prezentowanych lulek jest złożona, a dominującym surowcem – drewno wiśniowe. Niezwykle interesująca i godna uwagi jest fajka, której główka wykonana jest z bułowatej narośli odciętej od pędu. Trudno słowami opisać walory fajek, więc warto odwiedzić ekspozycję w brzozowskim ratuszu.

Mateusz Podkul