WALEWSKI ANTONI

Profesor Antoni Walewski – (nie)sławny ultralojalista z Humnisk

Czy warto cieszyć się sławą, być osobą znaną i – używając dzisiejszej nowomowy – błyszczeć jako celebrytka lub celebryta? Cygański „baron” Sandor Barinkay w swoich kupletach (najsłynniejszej na świecie operetkowej arii tenorowej) daje odpowiedź tyleż prostą, co oczywistą: Wielka sława to żart – książę błazna jest wart. A jednak nie tyle w operetkowym libretcie, co w życiowej rzeczywistości scenariusz często pisany bywa wyścigiem do sławy.

Być może i takim dążeniem kierował się krakowski profesor rodem z Humnisk Antoni Walewski? Przyszedł na świat w podbrzozowskiej wiosce, w rodzinie Adama i Marii Golikówny, choć niekiedy jako miejsce jego narodzin wymieniany bywa Brzozów. Wydarzenie to stało się faktem 18 maja 1805 r., tj. w kalendarzu kościelnym – na dwa dni przed liturgiczną uroczystością Zesłania Ducha Świętego, zaś w odniesieniu do polityki światowej – dokładnie rok po ustanowieniu we Francji cesarstwa i nieco ponad pół roku po koronacji Napoleona na cesarza Francuzów – monarchy nie z urodzenia, ale z woli ludu po ogólnonarodowym plebiscycie. Przywołana wyżej data i miejsce urodzin podawane bywają najczęściej w biografii bohatera niniejszego szkicu, choć na próżno doszukać się stosownego wpisu w zachowanych do dzisiaj księgach metrykalnych chrztów (a zatem i urodzeń) parafii humniskiej czy brzozowskiej.

Młody humniszczanin edukację zdobywał w realiach życia zaboru austriackiego, a więc na terytorium, w którym najbrutalniej tępiono wówczas wszelkie przejawy polskich dążeń do samostanowienia i odbudowy niepodległości, a któremu daleko było do autonomicznej „Kongresówki” czy Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Naukę na poziomie gimnazjalnym ukończył w 1824 r. w Przemyślu, zaś uniwersyteckim – w 1830 r. we Lwowie. Został wprawdzie absolwentem Uniwersytetu Franciszkańskiego w mieście nad Pełtwią, ale dyplomu doktorskiego w zakresie filozofii (w specjalizacji historycznej) nie uzyskał, co w późniejszej jego karierze naukowej stanowiło niebagatelny problem. Wybuch antyrosyjskiego zrywu narodowowyzwoleńczego w Królestwie Polskim jesienią tegoż roku pociągnął młodzieńca z Galicji – jak i liczną patriotyczną rzeszę jego ziomków – do włączenia się w powstańcze działania.

Przeżywszy smutny ich finał w 1831 r. znalazł się na francuskiej ziemi jako emigrant polityczny, przebywał też czasowo w Londynie i Kopenhadze. Wygnanie z ojczystych stron u wielu Polaków wyzwoliło wówczas niespodziewaną falę weny twórczej w różnych dziedzinach literatury i sztuki, poszukiwań na niwie przeżyć religijnych, w tym mistycznych, zgłębiania tajemnic nauki, odkryć i wynalazczości, ale także spowodowało eksplozję najróżniejszych poglądów na kwestie społeczno-polityczne. Nadal młody, liczący sobie około 30 lat, Antoni Walewski sympatyzował początkowo z prądami centrowo-rewolucyjnymi, czego dowodem była jego mowa pogrzebowa wygłoszona nad trumną nieco młodszego przyjaciela – ultrademokraty Maurycego Mochnackiego (1803–1824). Jednak już wtedy doświadczać musiał humniszczanin pewnej ewolucji, i to tak radykalnej, że zawiodła go ona z czasem na pozycje skrajnie antydemokratyczne.

Aktywność pobytu na emigracji dzielił przede wszystkim pomiędzy realizację pasji badawczej i działalność polityczną. Zajmując się pierwszą z nich, podejmował kwerendę archiwaliów w stolicach Danii, Francji i Wielkiej Brytanii, natomiast w zakresie drugiej z dziedzin zbliżał się do konserwatywno-liberalnego obozu, którego niekoronowanym królem był Adam Jerzy ks. Czartoryski (1770–1861). Zaprzyjaźnił się z siostrzeńcem tegoż arystokraty, a zarazem kierownikiem Sekretariatu Generalnego Hôtelu Lambert – Władysławem hr. Zamoyskim (1803–1868). Podczas Wiosny Ludów przybył do Cesarstwa Austriackiego, gdzie pełnił rolę informatora i „okazjonalnego” wysłannika czartoryszczyków. Latem 1848 r. raportował do ich paryskiej centrali sytuację polityczną w Galicji. Właśnie na terenie zaboru austriackiego jego stopniowe porzucanie myśli demokratycznej doszło do finału, który wywrócił jego dotychczasowy światopogląd.

Określenie motywów jego postępowania jest niezwykle trudne, a okoliczności – niejasne. Prawdopodobnie został rozpracowany przez austriacką policję i wykorzystany w jej rozgrywce przeciw polskiemu ruchowi spiskowemu. Wiadomo, że od tego czasu stał się zagorzałym przeciwnikiem wszelkich rewolucyjnych działań przeciwko ustalonemu porządkowi, a – niestety – nie bez znaczenia było to, że przeszedł na służbę austriackiej biurokracji jako płatny agent policji politycznej, zwanej w Galicji wyższą policją państwową. Czy został zaszantażowany, czy zachęcony korzyściami, czy też inaczej skłoniony do współpracy z zaborczym systemem – nie wiadomo. Inną natomiast kwestią pozostają pytania bez odpowiedzi o to, co przeżywał ów 43-letni mężczyzna, by z polskiego patrioty, powstańca, konspiratora stać się konfidentem (by nie rzec: służalcem) wrogiej administracji; jak dramatycznemu przeobrażeniu musiała ulec jego psychika i przekonania; czy, a jeśli tak, to jakich doświadczał dylematów moralnych; może działał w imię jakiegoś – trudnego do zrozumienia – dobra „wyższego”? Tego nie wiemy; prawdopodobnie nie poznamy motywacji niezwykłej metamorfozy poglądów i postępowania tragicznej postaci, jaką jawił się humniszczanin. Faktem jednak było to, że nowym panom oddał się z gorliwością neofity. Ostry zakręt na jego życiowej ścieżce wydawać się mógł zwrotem tak dramatycznym, jak późniejsza decyzja znanego literata Zygmunta Kaczkowskiego z jeszcze chlubniejszą patriotyczną przeszłością, który przed 1862 r. stał się sowicie opłacanym kolaborantem o pseudonimie „Major Heubauer” świadczącym swoje usługi austriackiej tajnej policji i wywiadowi do 1871 r.

Wiarygodną charakterystykę środowiska, w które wkraczał Antoni Walewski, wystawił w sprawozdaniu do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych we Wiedniu z 13 sierpnia 1848 r. tymczasowy zwierzchnik władz cywilnych gubernatorstwa galicyjskiego dr Agenor Romuald Onufry hr. Gołuchowski (1812–1875): Opinia publiczna zwracała się przecież już długo w całej monarchii, szczególnie zaś w Galicji, przeciw tak zwanej wyższej policji (höhere Staatspolizei); z niechęcią znoszono jej działalność, która – jak doświadczenie okazało – państwu bardzo mało korzyści przynosiła, mimo że wciskała się w życie rodzinne i społeczne w sposób naruszający nadzwyczajnie spokój. Tutejsza władza policyjna postawiła sobie działalność na tym polu jako jej właściwe pierwszorzędne zadanie; nie można się zatem dziwić, że gdy nastąpiła wolność myśli, ta władza stała się przedmiotem głośno wyrażanej nienawiści i celem ataków publicznej niechęci. Jej szef musiał opuścić Lwów, a inni urzędnicy uniknęli hańby w ten sposób, że nie dawali o sobie znaku życia.

Swojej decyzji pracy na rzecz umacniania monarchii habsburskiej na obszarze zaboru austriackiego z pewnością zawdzięczał Antoni Walewski awans, przede wszystkim w środowisku szkolnictwa wyższego. On, człowiek bez doktoratu, latem 1850 r. wystartował wraz z pięcioma innymi rywalami w konkursie na posadę profesora historii powszechnej w uniwersytecie krakowskim i – mimo negatywnej opinii rady profesorów na temat jego dość mizernego dorobku badawczego i braku stopnia naukowego – uzyskał ministerialną nominację na wakujące stanowisko 16 kwietnia następnego roku. Służba dla monarchii austriackiej i dynastii habsburskiej liczyła się więc bardziej niż chwilowy niedostatek kompetencji; to poniekąd nieco wcześniejsza wersja znanego hasła propagandowego związanego z akcją przyśpieszonych kursów kadry wojskowej od 7 stycznia 1948 r. w ludowej już Polsce: Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera

Tak więc nieco „przypadkowy” naukowiec z Humnisk objął katedrę, ale jako profesor nadzwyczajny. Nawet zaniżona o kilkaset złotych pensja na tym stanowisku zdawała się mu nie przeszkadzać, choć – jak się okazało – było to zagranie taktyczne. Oficjalnie był bowiem w stanie przełknąć ewidentny despekt, byle dorwać się do realnego wpływu na środowisko, a w konsekwencji na decyzje personalne. Niestety, gdy tylko go osiągnął, od razu dał się poznać z jak najgorszej strony ludzkiej natury. Gorliwy wykonawca germanizacji, wiernopoddańczy rzecznik interesów państwa zaborczego w krakowskim środowisku naukowym, a także denuncjator polskich patriotów wśród kadry akademickiej i studentów – to najistotniejsze przejawy jego działalności w podwawelskiej świątyni nauki.

Szybko poznano jego małostkowość i mściwość, której upust dał w zemście na nieprzychylnych mu kolegach w uniwersytecie. Już jesienią 1851 r. wykorzystał pewien incydent dla uruchomienia lawiny przykrych zdarzeń. Posłużyła mu za pretekst donosu do ministra policji niewinna demonstracja profesorów, którzy podczas przejazdu cesarza przez Kraków wystąpili świadomie nie w mundurach urzędniczych, lecz w togach. Nagłośnił to, z czego młody monarcha nie uczynił problemu, do rangi jednoznacznej postawy antypaństwowej, antyrządowej i braku lojalności wobec Bożego pomazańca na tronie. Ta – z pozoru lokalna „burza w szklance wody” – przybrała na sile z chwilą, gdy wiedeńskie zwierzchnictwo policji zażyczyło sobie dokładniejszej relacji o wydarzeniu. Denuncjator musiał być z siebie zadowolony, jego akcja nie trafiła wszak w próżnię, co zresztą w ówczesnej pełnej nikczemności atmosferze donosicielstwa prorządowych szpicli w nadwiślańskim grodzie nie mogło dziwić. Swoje usatysfakcjonowanie przekuł w kolejne kroki. Właściwie podyktował dyrektorowi policji w Krakowie szczegółowy konfidencki meldunek, w którym drobne epizody swoich uniwersyteckich kolegów wyolbrzymił do rozmiaru radykalnej postawy rewolucyjnej i chęci obalenia monarchii. Nie szczędził szczególnie krytycznych osądów dwóm profesorom nadzwyczajnym: szefowi drugiej w świecie katedry geografii, byłemu oficerowi powstania listopadowego, kawalerowi Orderu Virtuti Militari Wincentemu Polowi (1807–1872), a także filologowi klasycznemu dr. Antoniemu Józefowi Małeckiemu (1821–1913) – byłemu tymczasowemu dyrektorowi Gimnazjum Świętej Anny, które próbował obronić przed wprowadzeniem niemczyzny jako języka wykładowego. Wprawdzie policyjny raport współautorstwa Antoniego Walewskiego raził mnóstwem insynuacji, podejrzeń i brakiem twardych dowodów, jednakże szczególnie obrzydliwa musiała się wydawać propozycja poddania ścisłemu prewencyjnemu nadzorowi całego uniwersytetu, który – zdaniem szefa krakowskiej policji – nie jest wyłącznie zakładem naukowym, lecz także nieprzyjaznym dla rządu klubem politycznym, w którym spiski antyrządowe stawały się ponoć praktyką coraz powszechniejszą.

Nie poprzestał na tym chorobliwie ambitny humniszczanin. Jego radosna twórczość realizowała się w kolejnych pisemnych oskarżycielskich „relacjach” z Krakowa. Nie odmówił sobie nawet „moralnego obowiązku” wyjazdu do Wiednia i poinformowania w sercu monarchii o początku rewolucji. Jakież to wydarzenie zasłużyło w oczach profesora-agenta na tak poważne miano? Była nim poprowadzona w lipcu i sierpniu 1852 r. przez Wincentego Pola wycieczka terenowa około stu osób, w tym krakowskich studentów, w Pieniny i Tatry. Przejęty swoją rolą donosiciel jako główny zarzut przedstawił epizod z ustawieniem krzyża w Dolinie Kościeliskiej, gdzie z ust szefa katedry geografii padły słowa: szanujmy podania i pamięć tych, co polskim królom wiernie służyli – wtoczmy kamień na mogiłę i postawmy w nim krzyż, po czym odśpiewano pieśni patriotyczne. To wystarczyło, by jeszcze w czasie wakacyjnej przerwy Antoni Walewski śpiesznie wybrał się do Wiednia z informacją o antypaństwowych nastrojach i manifestacjach w środowisku uniwersyteckim.

Ponownie trafił na podatny grunt. Tym razem jednak wywołał bardzo poważne, gwałtowne – a przy tym starannie wyreżyserowane – konsekwencje. Upłynęło zaledwie kilka miesięcy, gdy „podziękowano” za pracę czterem najbardziej podejrzanym profesorom; oprócz Antoniego Małeckiego i Wincentego Pola z dniem 1 stycznia 1853 r. z pracy w krakowskiej akademii musieli odejść dwaj profesorowie zwyczajni: kierownik katedry historii prawa polskiego, były powstaniec listopadowy Antoni Zygmunt Helcel (1808–1870) oraz szef katedry prawa rzymskiego Józafat Zielonacki (1818–1884). „Upiekło” się natomiast wykładowcy filozofii i również byłemu powstańcowi listopadowemu, rannemu w bitwie pod Grochowem, Józefowi Kremerowi (1806–1875) oraz zastępcy profesora w katedrze nauk politycznych i statystyki dr. Julianowi Dunajewskiemu (1821–1907), których nazwiska przewijały się w donosach. Nie skończyło się jednak na tym, bowiem oprócz tej formy sterroryzowania akademików austriackie ministerium oświaty zniosło autonomię uczelni i nie zatwierdziło wybranych przez środowisko uniwersyteckie dziekanów wydziałów i rektora uczelni. Wyznaczyło kuratora wszechnicy, a dziekanami wydziałów: teologicznego, prawa i administracji oraz lekarskiego mianowało trzech rodowitych Austriaków, natomiast wydziału filozoficznego – inicjatora całej akcji Antoniego Walewskiego. Było to ewidentne uderzenie w narodowy – polski charakter uniwersytetu, objawiające się jego brutalną germanizacją, przywróceniem jako języka wykładowego niemczyzny i próbą wymuszenia na kadrze i studentach postawy wiernopoddańczej w atmosferze zastraszenia.

Tak Antoni Walewski walnie przyczynił się do zaszczepienia w najstarszej polskiej uczelni represyjnego systemu neoabsolutyzmu. Okres ten bywał określany także epoką Aleksandra von Bacha (1813–1893) – postaci równie tragicznej co humniszczanin, której droga od walki z tyranią monarchii na ulicach Wiednia w marcu 1848 r. do objęcia przezeń teki ministerialnej w rządzie i wzięcia na swoje barki aktywnej współodpowiedzialności za los cesarstwa w lipcu tegoż roku mogła się równać z cwałem folbluta na otwartym 30 lat później Trabrennbahn Krieau.

Tymczasem negatywny bohater z Humnisk w latach 1853–1854 otrzymał doktorat honorowy i profesurę zwyczajną, a po szefowaniu wydziałowi filozoficznemu został prorektorem uniwersytetu. Kolejne lata jego pracy jako wykładowcy w Krakowie upływały pod znakiem niszczenia polskiego rodowodu akademii, do czego przyczyniał się, jak i gdzie tylko mógł. Jego dobrowolna, niezrozumiała z polskiej perspektywy, inicjatywa głoszenia wykładów historii powszechnej po niemiecku została wdrożona „od ręki”, a upadła dopiero w 1860 r., kiedy sytuacja polityczna wymusiła liberalizację na uczelni i powrót do polszczyzny jako języka prowadzenia zajęć. Jednak i wtedy, gdy w Polskim Oddziale Seminarium Historycznego (koncentrującym się wbrew nazwie na zagadnieniach z historii powszechnej) wykładał aspekty dotyczące przeszłości Polski, czynił to w duchu tak lojalistycznym wobec monarchii habsburskiej, że nie zdobył popularności, a tym bardziej autorytetu wśród słuchaczy. Był przy tym gorącym przeciwnikiem promowania naukowców-patriotów, np. w 1861 r. uniemożliwił Tadeuszowi Wojciechowskiemu (1838–1919) przeprowadzenie w uniwersytecie przewodu doktorskiego, w 1869 r. utrudniał powierzenie katedry historii polskiej Józefowi Szujskiemu (1835–1883), a w 1871 r. zdołał jeszcze przed swoim przejściem na emeryturę skutecznie zablokować objęcie katedry przez Franciszka
Ksawerego Liskego (1838–1891).

Badacze dziejów Uniwersytetu Jagiellońskiego tylko z największym trudem mogą doszukać się choćby najdrobniejszych pozytywnych przejawów działalności naukowej bohatera niniejszego szkicu jako profesora wydziału filozoficznego podwawelskiej Almæ Matris. Niejako pod presją znalezienia czegoś dobrego, uznają za godne odnotowania to, że Antoni Walewski należał do niezaprzeczalnie zdolnych, pracowitych, oryginalnych i głębszych umysłów; że zastosował nowatorskie na owe czasy wykłady problemowe o dużej rozpiętości tematycznej i chronologicznej, a także dowartościował historię oświaty jako odrębną dziedzinę badań nad przeszłością. Jednakże w analizie jego opracowań naukowych krytycy nie są w stanie spuścić zasłony milczenia nad jego rozwlekłym, niespójnym, niesystematycznym, pełnym nieuzasadnionych dygresji, a niekiedy po prostu nielogicznym sposobem wykładania wiedzy w obszernych, kilkusetstronicowych opracowaniach aspirujących do miana monografii, których tytuły nie zawsze odpowiadały zawartości publikacji. Według dzisiejszych standardów okazywały się one ni mniej ni więcej tylko pracami „nie na temat”; i nie chodziło tutaj bynajmniej o francuskie gawędziarstwo czy austriackie gadanie, lecz o zwykły brak naukowego zdyscyplinowania.

Wyjątkowo ostro rozprawiał się z tymi poglądami nie byle jaki adwersarz – sam współtwórca krakowskiej szkoły historycznej, a zarazem jeden z najaktywniejszych stańczyków – Józef Szujski. Jego zdaniem „twórczość” profesora-sługi dworu habsburskiego nie zasługiwała na poważną analizę, jako że były to: przesadne, naciągnięte i doktrynersko wyszrobowane [przejaskrawione – M.A.J.] teorie i oburzające halucynacje polityczne – niemające cienia prawdopodobieństwa [...] wypowiedziane w obłędzie rozpaczy, zwątpienia, bałwochwalstwa siły.

Czymże zasłużył naukowiec z podbrzozowskiej miejscowości na tak surową opinię? Wypracował w swoich „dziełach” nie tyle wszechogarniające poczucie ultrakonserwatyzmu (które samo w sobie nie musiało razić), co przykre w polskim odbiorze, a manifestowane przy każdej niemal okazji podporządkowanie wizji historiograficznej mitowi wyidealizowanego posłannictwa Habsburgów w dziejach cywilizacji, w tym rzekomych dobrodziejstw, których beneficjentem miała być ponoć Polska i dzięki którym miała liczyć na odrodzenie państwowości. Niemalże wszędzie, gdzie było to możliwe, dopatrywał się w przeszłości osobliwej przychylności i chęci wspierania lub ratowania Polski przez naddunajską dynastię. Aż nazbyt nieznośna okazała się poza tym w pisarstwie prof. A. Walewskiego natrętna wizja dziejów cywilizacji jako konfliktu dwóch wartości, który dzisiaj określilibyśmy mianem „układu zero-jedynkowego”. Pozytywów upatrywał w pierwiastku duchowym i utożsamiał go z kulturą Zachodu, misją Kościoła katolickiego, ustrojem monarchicznym, rojalizmem, skrajnym legitymizmem, rządami prawa i dochowaniem mu wierności. Natomiast negatywną oceną opatrywał pierwiastek materialistyczny, kojarzony przez niego wyłącznie ze Wschodem, poglądami demokratycznymi i republikańskimi, a w konsekwencji tendencjami rewolucyjnymi, wywrotowymi i anarchią. Prawdopodobnie źródłem takiego postrzegania historii ludzkości było zakorzenienie autora w tradycji katolickiej, w oparciu o którą tłumaczyć mógł nie tylko dychotomiczną koncepcję świata rozdartego walką dobra ze złem, ale także opatrznościową misję – wiernie trwającej przy Kościele rzymskim – dynastii habsburskiej. Prawdopodobnie na takich podstawach zbudował swoją wizję, w której narodowość Polaka nie wykluczała jego wierności dworowi wiedeńskiemu.

Poza pracą wykładowcy udzielał się jako przewodniczący komisji egzaminacyjnej do spraw nauczycieli gimnazjalnych. Wstąpił w 1851 r. do Towarzystwa Naukowego Krakowskiego i należał do jego aktywniejszych członków, a także autorów tekstów w jego roczniku naukowym w zakresie nauk moralnych, sztuk i archeologii. Po przekształceniu w 1872 r. tegoż stowarzyszenia w Akademię Umiejętności został jej członkiem czynnym i przewodniczył jej Komisji Historycznej do 1875 r.

Odszedł ze świata doczesnego 3 grudnia 1876 r. w zupełnym opuszczeniu i powszechnym znienawidzeniu. Został pochowany na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Na ceremonię złożenia zwłok w grobie przybyli nieliczni przedstawiciele środowiska akademickiego bardziej z poczucia obowiązku i przyzwoitości niż ze współczucia i przywiązania. Mowę pogrzebową wygłosił jego następca i gorący krytyk – prof. Józef Szujski, który wzniósł się na szczyty swojej elokwencji, by zmarłego przedstawić w możliwie najkorzystniejszym, a jednocześnie prawdziwym, świetle. Czytając między wierszami to opublikowane później wystąpienie, bez trudu dostrzega się w nim wygłoszenie wspomnienia chyba wyłącznie z niemiłego obowiązku; z pewnością nie była to refleksja nad odejściem przyjaciela czy mentora.

Pozostawił zatem po sobie syn ziemi brzozowskiej raczej cierpkie opinie. Naukowiec, który został przez niego pozbawiony pracy w Krakowie – prof. Antoni Małecki scharakteryzował go współcześnie dosadnymi określeniami: Łotrzysko! Głupi i zły! Prawdziwa to hańba uniwersytetu. Kolejny przeciwnik – prof. Józef Szujski uznawał go za pyszałka, chorego na manię wielkości i fanfarona; i to nawet mimo sędziwego wieku i niemałych już doświadczeń życiowych. Lwowski historyk i bibliotekarz Henryk Schmitt (1817–1883), podkreślając antypolski charakter prac niesławnego humniszczanina, napisał: żaden z pisarzów obcych, a nawet moskiewskich, nie zaszedł w tej mierze tak daleko, jak pan Walewski w […] monografiach po polsku pisanych, a szczególniej w swojej filozofii dziejów polskich, która mimo poważnego napisu jest […] paszkwilem na naród polski, jakiego dotąd nikt z wrogów naszych nie odważył się napisać. Krakowski historyk badający przeszłość Uniwersytetu Jagiellońskiego – prof. Henryk Barycz (1901–1994) określił naukowca spod Brzozowa jako jedną z bardziej niesławnych postaci, jakie wydała Polska porozbiorowa. Próbę zrozumienia motywacji działania i wytłumaczenia postępowania Antoniego Walewskiego podjął kolejny krakowski historyk – prof. Krzysztof Baczkowski krótką refleksją: czy był […] tylko płatnym sługusem austriackim? Wydaje się, że nie. Zwłaszcza w ostatnich latach głosił swe „obłędne” teorie z pełnym przekonaniem o ich słuszności, nawet jeśli pozostawały w sprzeczności z liberalizującym się kierunkiem polityki austriackiej. W swym zacietrzewieniu i osamotnieniu był więc niewątpliwie postacią tragiczną.

Bez wątpienia w czasie swojej najdynamiczniejszej kariery naukowej zdobył sobie znaczącą pozycję w środowisku najstarszej polskiej akademii. Osiągnął wprawdzie sławę, choć jako duchowy spadkobierca różnorodnych Herostratosów w ciągu stuleci. Ostatecznie jednak odszedł w niesławie. Nie dochował się do dzisiejszych czasów nawet jego nagrobek na zabytkowej krakowskiej nekropolii. Cóż, sic transit gloria mundi

M.A.J.